Piłkarski blog Michała Andryszczyka
czwartek, 04 września 2008

Jak zapewne zauważyliście, nowe notki na blogu nie pojawiały się od zakończenia drugiej kolejki Ekstraklasy. Spowodowane było to kilkoma rzeczami. Przez tydzień byłem również na wakacjach. Z niemałym żalem podjąłem decyzję o zaprzestaniu prowadzenia Football For Life. Jednakże wciąż działać będzie drugi blog sportowy, z naciskiem na futbol mojego autorstwa - Sport to jest to! 

Czytelników bloga, na którym notkę właśnie czytacie, a wierze, że i tacy się znajdą zapraszam więc serdecznie do regularnego odwiedzania i czytania drugiego bloga, który znajduje się pod adresem www.michalandryszczyk.blox.pl , gdzie wpisy będą pojawiać się regularnie. Rezygnacja z FFL ma również związek z rozpoczynającą się szkołą. Nie trudno domyślić się, że z tego powodu będę miał mniej czasu na regularne pisanie na dwóch blogach jednocześnie.

Jeszcze raz zapraszam więc ...

NA DRUGIEGO BLOGA !!!

17:00, mihau_fcbfan
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Druga vel. czwarta kolejka Ekstraklasy z pewnością nie rozczarowała, natomiast nie była uprzejma dla ligowców, którzy niemal na wszystkich stadionach musieli taplać się w kałużach. Piątkowe i sobotnie mecze zdominowała panująca od kilku dni nad Polską pogoda, i miała niemałe znaczenie na rozstrzygnięcia w niektórych meczach. Zazwyczaj przy takich warunkach atmosferyznych trenerzy starają się przekonać swoich podopiecznych do próbowania strzałów z dystansu. I tym razem taka praktyka znalazła zastosowanie.

Arka - Górnik: Nieskuteczny Zaki

Na przykład w Gdyni. Jedyną bramkę spotkania dającą zwycięstwo gospodarzom strzelił właśnie uderzeniem z dystansu Marcin Wachowicz. Od pierwszego gwizdka piłkarze musieli konkurować nie tylko pomiędzy sobą, ale również ze śliską i premokłą murawą. Kilukrotnie stojąca woda dała o sobie znać. Porażka oznacza dla Górnika zły początek sezonu. Po dwóch meczach drużyna, której aspiracje sięgają miejsca od 1 do 5 spisuje się poniżej oczekiwań. Po remisie w Derbach Śląska i przegranej w Trójmieście Górnicy nie mają na koncie jeszcze żadnej zdobytej bramki, za to jeden punkt i czternaste miejsce w tabeli. Z pewnością nie takiego początku spodziewał się Rysard Wieczorek. Arka mogła zwyciężyć wyżej, ale nieskutecznością raził Zbigniew Zakrzewski. Gdyby wykorzystał swoje stuprocentowe okazje, Arka mogła kończyć mecz z czterema bramkami po swojej stronie.

Cracovia - ŁKS: Piwo dla kierownika

Po raz kolejny potwierdziło się, że stadion Cracovii znajduje się przy właściwej ulicy - Kałuży. Na płycie było ich bowiem co niemiara. Krakowianie chcieli poprawić sobie samopoczucie po niespodziewanej porażce w pierwszej kolejce z beniaminkiem Piastem Gliwice. I udało im się to, wyrównali nawet bilans strat i zysków. Bohaterem spotkania został Dariusz Pawlusiński, strzelec dwóch bramek. Pierwsza padła po fantastyczym uderzeniu z rzutu wolnego, a druga była doskonałym dokończeniem sytuacji podbramkowej. Kibice za zwycięstwo mogli więc dzękować Pawlusińskiemu. I dziw bierze, że miało go zabtaknąć w wyjściowym składzie. W raporcie ze składem w jego miejscu widniało nazwisko Bartłomieja Dudzica. Okazało się to pomyłką kierownika drużyny, który teraz oczekuje na duże piwo postawione przez Pawlusińskiego, że jednak ten ostatecznie wybiegł na boisko od pierwszej minuty.

Bełchatów - Piast: Import z Japonii

Mecz ten nie zwróciłby na siebie żadnej uwagi, gdyby nie to, że mierzyli się w nim lider i wicelider ligowej stawki. Taki stan zapewne nie utrzymałby się na dłuższą metę, ale był jeszcze jeden fakt, dla którego oczy ciekawskich były skierowane na Bełchatów. Otóż doszło w nim do rzeczy historycznej, nie widzianej dotąd w polskiej lidze. Sędzia główny, jak i jego asystenci przyjechali posędziować do Polski z drugiego końca świata - Japonii. Sobotni mecz poprowadził sympatyczny Yuichi Nishimura. Kiedy pod koniec poprzedniego sezonu pojawiła się opcja wymiany między polskimi arbitrami z ich kolegami z J-League pomyślałem, że to żart mający na celu poprawienie jakości sędziowania w Ekstraklasie. Japończyk to w końcu sędzia międzynarodowy, kandydat na wyjazd do RPA w 2010 roku na MŚ. Okazało się, że egzotyczna trójka sędziów była jedyną atrakcją meczu "na szczycie" drugiej kolejki. Na boisku wiało nudą.

Polonia Bytom - Śląsk: Znów mógł być bohaterem

Drugi raz piłkarze Śląska powinni pluć sobie w twarz, że nie dowieźli prowadzenia do ostatniego gwizdka. Podobnie jak tydzień temu z Lechią Gdańsk, również i tym razem w Bytomiu prowadzenie dla beniaminka Ekstraklasy zdobył Vuk Sotirović. Kiedy wydawało się, że Śląsk konkrolował przebieg spotkania na kilkanaście minut przed końcem meczu głupota Mariusza Pawelca zaprocentowała rzutem karnym dla Polonii. W zupełnie niepotrzebnym momencie obrońca Śląska faulował w obrębie szesnastki, a celnie z wapna uderzył Bazik. To drugi mecz, w którym mimo objęcia prowadzenia Śląsk nie odniósł zwycięstwa. Znów bohaterem wrocławian mógł zostać Vuk Sotirović. Serb kilka razy w tym meczu poważnie zagrażał bramce Peskovicia, i przynajmniej trzy strzały mogły znaleźć miejsce w siatce. Śląsk przestał atakować po zejściu z boiska Sebastiana Mili, który potwierdza, że będzie ważną postacią w Śląsku.

Ruch - Lechia: Wspomnień czas

Ruch Chorzów nie wspomina dobrze ostatniego meczu z Lechią Gdańsk. W sezonie 1986/87 w barażach o udział w pierwszej lidze miał miejsce jeden z najbardziej kuriozalnych, jeśli nie najbardziej kuriozalny gol w historii polskiej ligi. Janusz Jojko, bramkarz chorzowian chciał wyrzucić piłkę ręką, jednak uczynił to na tyle nieudolnie, że piłka...wylądowała w siatce, za jego plecami. Przyczynił się do spadku Ruchu do drugiej ligi. Do dziś chodzą jednak słuchy, że kuriozum to miało podłoże korupcyjne. O Pardon, o korupcji miało być ani słowa. Piłkarze z serduszkami na koszulkach nie zawiedli swoich kibiców i wygrali z beniaminkiem Ekstraklasy 2-1. Jedną z bramek dla Ruchu strzelił nabytek z Poznania, marcin Zając.

Polonia - Wisła: Brożek, i wszystko jasne

Najbardziej burzliwa pogoda dała o sobe znć w Warszawie. Na kilka minut przed rozpoczęciem spotkania nad stadionem Polonii przy Konwiktorskiej szalała burza z piorunami, i sędzia główny, Pan Robert Małek na poważnie zastanawiał się nawet nad odwołaniem widowiska. Do tego na szczęście nie doszło, ale chyba na nieszczęście kibiców Polonii, którzy mimo, że szczególnie w pierwszej części oglądali dobrze grającą swoją drużynę, to musieli uznać wyższość mistrzów Polski. Teraz chwila czasu na zastanowienie. Kiedy ostatni raz oglądaliśmy mecz ligowy Wisły, w którym na listę strzelców nie wpisałby się Paweł Brożek? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, ale z pewnością było to już jakiś czas temu. Brozinho niemal w każdy meczu zdobywa bramkę. Nie inaczej było także wczoraj wieczorem. Ciągle niemogący doczekać się na powołanie do kadry Brożek zdobył dwa gole, przy drugim popisując się niebywałym spokojem w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Po dwóch kolejkach Biała Gwiazda jest więc liderem.

Jaigiellonia - Lech: Morale podbudowane

Lech Poznań niespodziewanie uległ przed tygodniem GKS-owi Bełchatów, więc trzy punkty ze słabą Jagiellonią bardzo by się przydały. I tak jak się spodziewano Kolejorz podbudowany efektowną wygraną w tygodniu z Grasshoppers Zurych odniósł pewne zwycięśtwo. Pierwsza bramka Arboledy narodziła sporą kontrowersję. Kolumbijski obrońca przy przyjęciu piłki pomagał sobie ręką. Drugi gol padł już jak najbardziej poprawnie po ewidentnym przewinieniu w polu karnym pewnie z wapna uderzył Semir Stilić, który po raz kolejny zebrał pochlebne recenzje za swój występ. Trzy punkty zostały więc zdobyte i Lech wrócił tam gdzie jego miejsce, czyli na górę ligowej stawki.

Odra - Legia: Aleksander Wielki i Legia Malutka

Legia z nikim nie lubi tak grać jak z Odrą Wodzisław. Nie lubi, albo po prostu nie umie. Również tym razem mały klub, który nieprzerwanie od kilku lat unika spadku utarł nosa wicemistrzowi Polski. Utarł to może nawet za mało powiedziane. Na stadionie w Wodzisławiu, który jest ostatnio najbardziej obleganym w całej szestastozespołowej lidze miejscowa Odra wygrała 2-0. W roli "kata" wystąpił Arkadiusz Aleksander, strzelec obu goli. Ale to nie koniec! Odra miała jeszcze dwie sytuacje "sam na sam". W sumie oddała osiem celnych strzałów, dla porównania Legia tylko pięć. Jan Mucha był nawet częściej zatrudniany od Stachowiaka. Piętnaście interwencji przy dziesięciu przeciwnika. Legia Warszawa po dwóch meczach zajmuje więc przedostatnie miejsce w tabeli!

piątek, 15 sierpnia 2008

Kibice w Niemczech wreszcie doczekali się hucznej inauguracji sezonu 2008/2009. Na Allianz Arena mistrz Niemiec – Bayern Monachium po interesującym widowisku zremisował z HSV Hamburg 2-2.   

Bawarczycy nie mogą być jednak zadowoleni z przebiegu spotkania. Mimo, iż już po szesnastu minutach prowadzili 2-0 Hamburczycy zdołali dojść do wyrównania. Pierwszego gola w nowym sezonie zdobył w 12 minucie Bastian Schweinsteiger. Już cztery minuty później za sprawą Lukasa Podolskiego, który skutecznie egzekwował rzut karny Bayern prowadził dwoma bramkami.

 

Przyjezdni jeszcze w pierwszej połowie wzięli się za odrabianie strat. Kontaktową bramkę dla HSV zdobył Guerrero. W drugiej połowie sędzia drugi raz podyktował „jedenastkę”, którą wykorzystał Piotr Trochowski.

 

Taki wynik z pewnością bardziej cieszy kibiców z Hamburga. Ich podopieczni zabrali punkty mistrzom Niemiec już w pierwszej kolejce, pokazując przy tym charakter i umiejętność odrabiania strat. Na trybunach najnowocześniejszego stadionu w Niemczech zasiadł dzisiaj komplet – 69 000 widzów.

FC Bayern: Rensing - Lell, Lucio, Van Buyten, Lahm - Schweinsteiger (65. Borowski), Van Bommel, Kroos, Zé Roberto (81. Ottl) - Podolski, Klose (80. Th. Müller)

Hamburger SV: Rost - Boateng (30. Demel), Reinhardt (52. Kompany), Mathijsen, Benjamin - Pitroipa, Jarolim, de Jong, Trochowski (76. Atouba) - Guerrero, Olic 

Bramki: 1:0 Schweinsteiger (12.), 2:0 Podolski (16./Karny po faulu), 2:1 Guerrero (25.), 2:2 Trochowski (57./Karny po faulu)

czwartek, 14 sierpnia 2008

  Wczorajszy mecz nasuwa na myśl niestety drastyczne wnioski. Na polską drużynę w fazie grupowej Ligi Mistrzów jesteśmy skazani czekać jeszcze przez wiele lat. Choć porażkę z Barceloną każdy przyjmował jako formalność w drodze do fazy grupowej Pucharu UEFA, to przekonaliśmy się przy okazji, ile dzieli najlepszy polski klub od europejskiej elity. Przepaść jest więć ogromna. O potencjale piłkarzy Barcelony nikogo nie trzeba przekonywać, ale momentami Wiślacy wyglądali na ich tle jak juniorzy, których ograć można najmniejszym nakładem sił, a nawet z przyjemnością.

Z taką przyjemnością Thierry Henry ograł Marcina Baszczyńskiego, a później ze stoickim spokojem przerzucił piłkę nad bezradnie interweniującym Mariuszem Pawełkiem. Prawie każdy atak Barcelny wyglądał podobnie. Z dziecinną łatwością Wiślacy byli ogrywani w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Nikt w kraju nie robi jednak tragedii, bo porażka, nawet wysoka z Katalończykami była do przewidzenia, i w Krakowie myślano już o bojach o fazę grupową, ale Pucharu UEFA.

Wrócę do wymienionej na początku tezy, że na polski klub w fazie grupowej Ligi Mistrzów będziemy czekać kilka lat. W tym roku, kiedy mistrza Polski poznaliśmy praktycznie już przed półmetkiem rozgrywek fatum wiszące nad polskimi klubami miało zostać zerwane. Po transferach, a właściwie ich braku już wylosowanie izraelskiego Beitaru przyjęto ze strachem. Świadomość, że w III rundzie czeka wielka Barcelona dopełniła dzieła zniszczenia jakichkolwiek marzeń o zawojowaniu Champions League.

Niestety z roku na rok poziom prezentowany przez polskie drużyny nie wzrasta, a konkurencja wręcz przeciwnie, nie śpi. Dlatego nawet Szachtar Donieck, pochodzący z regionu ekonomicznie podobnego do Polski przed dwoma laty nie dał żadnych szans warszawskiej Legii. Ale Ukraińcy w przeciwieństwie do ówczesnych mistrzów Polski, jak i całej naszej ligi posiada potężną bazę treningową, a ich budżet kilkukrotnie przewyższa, zakładam całą Ekstraklasę razem wziętą. Rok temu Zagłębie Lubin było bezsilne w konfrontacji z rumuńską Steauą Bukareszt.

Wiśle można więc wybaczyć odpadnięcie, bo po pierwszym meczu nie mamy żadnych złudzeń, z Barceloną. Wystarczy spojrzeć, jak wyglądały podejścia do LM Wisły poprzednich latach. Nie udało się przejść Anderlechtu Bruksela, o któym mówiło się, że jest jak najbardziej w jej zasięgu. Realu Madryt, który co prawda długo nie mógł się wstrzelić w bramkę Radosława Majdana, ale kiedy już przyszło co do czego, pokazał Wiśle, że jej czas jeszcze nie nadszedł. Najbliżej było w 2005 roku. Po zwycięstwie w pierwszym meczu 3-1, do Aten na rewanż z Panathinaikosem Wisła jechała dopełnić formalności, ale straty także za pośrednictwem Emmanuela Olisadebe zostały odrobione, i po dogrywce brama do wymarzonej Ligi Mistrzów została boleśnie zamknięta.

Rafael Marquez może sobie mówić, że mecz z Wisełką nie był taki łatwy, jak na to wskazuje wynik, ale postawą na boisku było widać, z jaką dziecinną łatwością i radością Blaugrana grała wczoraj z przeciętniakami ze Wschodu. Miejmy więc nadzieję, że przy Reymonta wypadniemy przynajmniej przyzwoicie, i z ogromnym zaangażowaniem przystąpimy do bojów o fazę grupową Pucharu UEFA. Jeśli chodzi o tą fazę, również zdarzały się kompromitujące wpadki, wypomnę na przykład porażkę z Valarengą Oslo czy Dinamem Tbilisi. Ale póki piłka w grze... 

23:18, mihau_fcbfan , Europuchary
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008

  W dyskusjach dotyczących o kim przy swoich powołaniach zapomina Leo Beenhakker najczęściej pada nazwisko Ireneusza Jelenia. Ale teraz krytycy jego decyzji powinni być jednak szczęśliwi. Holender powołał napastnika francuskiego AJ Auxerre na sierpniowy mecz towarzyski z Ukrainą we Lwowie. Mecz ten będzie ostatnim sprawdzianem przed rozpoczęciem eliminacji do MŚ 2010 w Republice Południowej Afryki.

I jak na zawołanie Jeleń w pierwszej kolejce Ligue 1 zdobył bramkę przeciwko beniaminkowi z Nantes. Jego drużyna wygrała ostatecznie 2-1. Polak wystąpił w tym spotkaniu na środku ataku, i głową skierował piłkę do siatki. - Pewnie jak Daniel Niculae wyleczy kontuzję, to ja zostanę przesunięty na skrzydło. I wcale mnie to nie martwi, bo lubię grać na skrzydle - mówi odkurzony polski napastnik.

Pierwszy sezon po transferze do Auxerre Jeleń miał bardzo dobry. Zdobył dziesięć bramek i mówiło się o nim jako największym odkryciu Ligue 1 sezonu 2006/2007. Drugi był już jednak znacznie gorszy. Większość sezonu Jeleniowi zabrało leczenie urazów. Najbardziej uciążliwe były plecy. Kiedy wydawało się, że kontuzja jest już wyleczona i zawodnik wychodził na boisko ona się odnawiała. Warto zauważyć, że kiedy już Jeleń grał, to grał bardzo dobrze. Zdążył strzelić cztery bramki.

Jeleń normalnie przygotowywał się do sezonu. W sparingach strzelił trzy bramki. W meczu z czwartoligowym Alfortville (5:1) dwukrotnie trafił do siatki. W sobotnim spotkaniu z beniaminkiem Ligue 1 Le Havre (1:1) strzelił jedynego gola dla swojej drużyny.Tymbardziej gol strzelony w pierwszym meczu ligowych zmagań jest dobrą prognozą na sezon 2008/2009. Może Ireneuszowi będzie teraz lepiej w małym Auxerre, ponieważ będzie miał u boku rodaka,- Dariusza Dudkę, sprowadzonego latem z Wisły Kraków.

Po raz kolejny potwierdza się, że w Auxerre ceni się Polaków. Wcześniej oprócz Jelenia i Dudki w zespole z l'Abbe-Deschamps występowało aż dziesięciu Polaków. Największą markę wyrobił tam sobie Andrzej Szarmach, który ze stoma golami do dziś pozostaje najskuteczniejszym strzelcem w historii Auxerre! We Francji grał nawet Józef Klose, ojciec Miroslava. Karier w klubie z prowincji nie udało się zrobić Marcinowi Kuźbie i Piotrowi Włodarczykowi. Jean Claude Hamel, prezes Auxerre, który sprawuje tą funkcję od 1963 roku nie zaprzecza, że jeszcze niejeden Polak pojawi się w AJA. Polscy piłkarze to część historii Auxerre, oni właściwie w dużej mierze tworzą tę historię - stwierdził.

niedziela, 10 sierpnia 2008

 

   Ktoś bardziej uszczypliwy mógłby powiedzieć, że cała piłka jest, ale zacofana, i to w rozwoju, i zapewne możnaby doszukać się w takim stwierdzeniu wiele prawdy. Tymczasem z trzytygodniowym opóźnieniem, po wielu nieporozumieniach, kilku zmianach decyzji i kilku zgromadzeniach Polskiego Związku Piłki Nożnej i odwołaniu dwóch kolejek liga polska wreszcie wystartowała. Już bez zdegradowanych Zagłębia Lubin, Korony Kielce, Zagłębia Sosnowiec, Widzewa Łódź i zmiecionego z piłkarskiej mapy Polski Groclinu, ale za to z Lechią Gdańsk, Śląskiem Wrocław, Arką Gdynia, Piastem Gliwice i nową Polonią, która trochę na uboczu załatwiła sobie miejsce w elicie, ale jednak utęskniona liga wreszcie wystartowała ku uciesze piłkarzy, kibiców a także sztabu szkoleniowemu reprezentacji Polski.

Już pierwsza seria gier, która pierwotnie miała być trzecią przyniosła kilka niespodziewanych rezultatów. Bo kto mógł spodziewać się, że mający mistrzowskie aspiracje Lech Poznań przegra i to w dodatku przed własną publicznością ze skazywanym na pożarcie Bełchatowem Pawła Janasa, że debiutujący w najwyższej klasie rozgrywkowej Piast Gliwice pokona w Wodzisławiu Śląskim grając o dziwo w roli gospodarza Cracovię? Nie każdy mógł także wytypować remis w pierwszych po paru latach Derbach Warszawy. Niespodziewanie dzielnie Polonia Bytom, która cudem otrzymała pozwolenie na grę w Ekstraklasie walczyła i uprzykrzała życie Wiśle Kraków. 

To chyba pierwszy taki przypadek w historii, że liga zainaugurowała w sierpniu, a nie jak zawsze pod koniec lipca. Kibice w Poznaniu, któzy licznie zgromadzili się na trybunach stadionu przy Bułgarskiej mięli nadzieję na udane rozpoczęcie sezonu przez ich pupili, W końcu przed sezonem dało się w Poznaniu słyszeć buńczuczne zapowiedzi, jakoby Kolejorz celował w tym sezonie w mistrzowski tytuł. Do 77 minuty wszystko działo się po myśli trenera Franciszka Smudy. Ozdobą meczu było trafienie na 2-1 Roberta Lewandowskiego, który potwierdził tym samym, że nie na darmo zainteresował się nim sam Leo Beenhakker. Jednak właśnie w wspomnianej 77 minucie Bełchatowianie wzięli się za odrabianie strat. Najpierw najniższy na boisku Tomasz Wróbel skierował głową piłkę do siatki, a kilka minut później, do własnej bramki wepchnął ją Panamski obrońca Lecha, Luiz Henriquez. Z pewnością nie tak wyobrażali sobie w Poznaniu pierwszy mecz sezonu, w którym mielir rządzić w czołówce, Na razie rządzą, ale na koncu ligowej stawki, konkretnie w miejsu premiowanym barażami.

Ostatnie Derby Warszawy odbyły się w sezonie 2005/2006. Wtedy w pierwszym meczu lepsza okazała się Legia, a w rewanżu niespodziewanie Polonia wygrała 2-0. W piątek mecz nie przyniósł jednak żadnego rozstrzygnięcia. Był to tym samym debiut w Ekstraklasie Polonii po połączeniu z Groclinem Grodzisk Wlkp. Zbigniewa Drzymały. Lepszego startu nie mogli sobie wymarzyć kibice Piasta Gliwice. Gościnnie, na obiekcie Odry Wodzisław wygrał on z Cracovią kraków, co śmiało można nazwać, obok porażki Lecha niespodzianką pierwszej kolejki Ekstraklasy.

Pierwsza kolejka pokazała, że na brak emocji w nadchodzącym sezonie nie będziemy narzekać, i jeszcze nie raz zaskoczą nas niespodziewane wyniki. Pierwsza koleka nie udowodniła jednak, kto będzie bił się o czołowe lokaty. Nie do końca mogliśmy przekonać się o sile beniaminków, Śląska Wrocław i Lechii Gdańsk, których mecz zakończył się sprawiedliwym podziałem punktów, choć wrocławianie mogli wyjśc już na prowadzenie 2-0, gdyby Vuk Sotirović wykorzystał rzut karny w drugiej połowie. Jeszcze dzisiaj w akcji zobaczymi Arkę Gdynia w pojedynku z Jagiellonią Białystok i Wielkie Derby Śląska, Ruch Chorzów - Górnik Zabrze.

środa, 06 sierpnia 2008

 

   Wisła Kraków nie gra dzisiaj o Ligę Mistrzów, Wisła gra o Puchar UEFA. Szans w pojedynku z Barceloną nasz przedstawicel nie ma praktycznie żadnych, więc nie ma się już co łudzić, że po wielu latach wreście zobaczymy polski klub w fazie grupowej elitarnej Ligi Mistrzów. Jest jednak o co walczyć. Jeżeli dzisiaj uda się wyelimnować Beitar Jerozolima pocieszeniem będzie udział w Pucharze UEFA i możliwe szanse na udział w fazie grupowej.

Żeby jednak do tego doszło, Wisła Kraków musi przede wszystkim odrobić stratę jednej bramki z pierwszego meczu w Izraelu. Przed tygodniem Wisła przegrała pechowo 1-2, i żeby marzyć o przeskoczeniu tej groźnej przeszkody trzeba dzisiaj na Remonta zdobyć przynajmniej jedną bramkę. Istnieje również drugi, równie ważny warunek. Obrońcy Wisły nie mogą pozwolić, aby Beitar strzelił dzisiaj bramkę, może to pokrzyżować wszystkie plany.

Wiele wskazuje na to, że Maciej Skorża postawi w środę na wariant 4-5-1, który nieco szwankował w pierwszym meczu, ale szkoleniowiec wierzy w powodzenie tego ustawienia. Jedynym, wysuniętym napastnikiem będzie Paweł Brożek. Wiślacy ćwiczyli ten schemat przez cały letni okres przygotowań. – Odbiór piłki we własnej strefie obronnej i wyjście z kontrą. W lidze graliśmy wysokim pressingiem, ale trudno jest robić to samo w Europie. Nie ma drużyny, która przez cały mecz jest na połowie przeciwnika. Dlatego zachowaliśmy odległości między obroną a atakiem – tak nową filozofię gry wyjaśniał Arkadiusz Głowacki. W sparingach wyglądało to lepiej, lecz przed pierwszym meczem z Beitarem pojawił się problem, zabrakło przetestowania ustawienia 4-5-1 w meczu o stawkę. Wszystko przez odwołanie dwóch pierwszych kolejek Ekstraklasy, w których Wisła miała mierzyć się z Ruchem Chorzów i Odrą Wodzisław.

Z powodu czerwonej kartki ujrzanej przed tygodniem nie będzie mógł wystąpić Marek Zieńczuk. Z powodu kontuzji na boisko nie będzie mógł wybiec Arkadiusz Głowacki. W Krakowie głowią się kto zastąpi dwóch ważnych zawodników. Wydawało się, że miejsce kapitana w obronie zajmie Marcin Baszczyński, ale trener Maciej Skorża zaczął wspominać o innych wariantach, a dla samego piłkarza występ na pozycji stopera jest ostatecznością. Pozostali kandydaci to Junior Diaz, pozyskany latem Słowak Peter Singlar oraz głęboki rezerwowy Mateusz Kowalski. Nie ma też następcy dla Marka Zieńczuka.

Maciej Skorża ma więc prawdziwy ból głowy, ale bez problemów nie obejdzie się także w obozie rywala. Wbrew oczekiwaniom piłkarze i sztab Beitaru Jerozolima przylecą do Krakowa z jednodniowym opóźnieniem. Opóźnienie jest spowodowane problemem z samolotem, którym piłkarze mieli wyciec z Tel-Awiwu do Krakowa. Izraelczyk mogą mówić o szczęściu w nieszczęściu, bowiem usterka maszyny została wykryta gdy ci mieli już do nie wsiadać. Naprawa przeciągnęła się na tyle długo, że podjęto decyzję o przylocie do stolicy Wielkopolski dzień później. Piłkarzom przepadł przez to jeden trening, który był zaplanowany na niedzielny wieczór na stadionie Wisły przy Reymonta. Trener Beitaru Isaak Shum nie będzie jednak tłumaczył się tym w razie porażki, zresztą nie wydaje się, żeby miało to tak duże znaczenie.

11:39, mihau_fcbfan , Europuchary
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 sierpnia 2008

   Wiem, że Jerzy Dudek w reprezentacji to sprawa zamknięta od pamiętnej sromotnej porażki z Finlandią, w której bohater ze Stambułu zawinił wszystkie trzy stracone bramki, ale dwa dni wystarczyły, aby odmienić moje spojrzenie na byłego, a może wciąż aktualnego świetnego polskiego bramkarza. Właśnie wczoraj i dzisiaj Dudek miał okazję, aby dwukrotnie pojawić się w pierwszym składzie Realu, w dodatku w rywalizacji z mocnymi rywalami spisał się bardzo dobrze.

W zakończonym dzisiaj dwudniowym turnieju Emirates Cup w Londynie Real Madryt mierzył się z HSV Hamburg oraz miejscowym Arsenalem. W jednym jak i drugim meczu szansę od Bernda Schustera otrzymał właśnie Dudek, i pokazał się z jak najlepszej strony. Szczególnie dzisiaj w pojedynku z gospodarzami imprezy Dudek potwierdził, że nie zmarnował sezonu spędzonego na ławce rezerwowych, jednak bycie rezerwowym w Królewskich także zobowiązuje. W końcu niemiecki szkoleniowiec oznajmił, że chce mieć klasowego zastępcę dla Ikera Casillasa, który do Anglii nawet nie przyleciał.

Gdyby nie interwencje Jurka Real mógł przegrać wyżej niż tylko 0-1, a polski golkiper nie miał żadnych szans po pewnym rzucie karnym wykonanym przez Emmanuela Adebayora. Dwa mecze wystarczyły, aby znów oczy polskich kibiców zostały zwrócone na byłe bożyszcze. Może Leo Beenhakker powinien dać szansę Dudkowi powrotu do reprezentacji Polski, chociażby na sierpniowy mecz towarzyski z Ukrainą? Wiem, że wielu może skrytykować taką myśl, ale Polak przez rok zdołał utrzymać dobrą formę, figurę, ale może mieć to związek z poszukiwaniem przez niego nowego klubu, w którym mógłby grać regularnie.

Pod koniec poprzedniego sezonu, kiedy Real miał już zapewniony tytuł mistrzowski w Hiszpanii, Schuster pozwolił Dudkowi zagrać w ostatnim meczu Primera Division z Saragossą, i pamiętam także, że w tamtym spotkaniu Dudek także kilkakrotnie uratował zespół przed stratą bramki. Może Beenhakker powinien dać Dudkowi ostatnią szansę na pokazanie się w drużynie narodowej? Nikt by się chyba nie obraził, gdyby w reprezentacji zagrał bramkarz, co prawda rezerwowy Realu Madryt, skoro jest w niej miejsce również dla rezerwowych Arsenalu czy Manchesteru. Niestety nadchodzący sezon zapewne również będzie wyglądać tak ...

sobota, 02 sierpnia 2008

Jakub Błaszczykowski przed rozpoczęciem sezonu należy do wyróżniających się zawodników Borussi Dortmund w meczach sparingowych, i nie tylko. Kilka dni temu w finale Superpucharu Niemiec jego klub mierzył się z Bayernem Monachium. Dortmundczycy niespodziewanie zwyciężyli nad mistrzem Niemiec 2-1, a gola otwierającego wynik zdobył właśnie skrzydłowy reprezentacji Polski. W rozgrywanym w Rotterdamie turnieju, właśnie w meczu z miejscowym Feyenoordem Błaszczykowski popisał się kolejnym ładnym trafieniem, dającym prowadzenie BVB. Ostatecznie jego klub wygrał znów 2-1.

Czy czegoś to piłkarskim kibicom z Polski i Niemiec nie przypomina? Jakub Błaszczykowski został rok temu kupiony przez Borussię Dortmund za 3,2 miliona euro z Wisły Kraków, ustanawiając tym samym najwyższy transfer polskiego zawodnika z naszej ligi. Niemal od razu znany bardziej w Niemczech jako Kuba, z racji trudnego i długiego nazwiska został ochrzczony na nową gwiazdę Bundesligi. Zaczął strzelać bramki w meczach towarzyskich, i wcale nie byli to rywale słabsi, bo na przykład włoska Roma.

Sezon wystartował i wszystko diametralnie się zmieniło. Kuba zamiast szaleć na niemieckich boiskach więcej czasu spędził w gabinetach lekarskich, stał się podatny na kontuzję, i kiedy już pojawiła się okazja powrotu na zieloną murawę niemal natychmiast przytrafiał się kolejny pechowy uraz, eliminujący z gry na długi czas. W sumie zagrał w poprzednim sezonie 24 spotkania, ale niech nie myli wysoka liczba, większość stanowiły tylko końcówki. Sezon Błaszczu zakończył z jedną bramką na koncie.

Przed rozpoczęciem tego sezonu historia zdaje się powtarzać, mam tylko nadzieję, i życzę tego Błaszczykowskiemu, żeby znów w kluczowym momencie nie przytrafiła mu się kontuzja, a ta przed Euro 2008 była ostatnią na długi, długi czas. Może wraz z przyjściem nowego szkoleniowca Kuba będzie dostawał częściej szanse na grę w wyjściowej jedenastce?

Oto bramka Błaszczykowskiego z Feyenoordem w pełnej okazałości:

A to gol wbity Bayernowi w meczu o Superpuchar Niemiec:

piątek, 01 sierpnia 2008

   Polskie drużyny były dzisiejszego dnia wyjątkowo zgodne. Zarówno Legia Warszawa jak i Lech Poznań pokonały dzisiaj swoich rywali po 4-1, choć podobnych scenariuszów można było się domyśleć, bo do meczów rewanżowych obie przystępowały z podobnymi zamiarami: Wygrać wysoko i efektownie. Zadanie zostało wykonane, choć ile do postawy Lecha nie ma się co czepiać, to już gra Legionistów momentami przypominała małych chłopców, którzy jeśli uda im się podbiec z piłką pod pole karne przeciwnika, nie za bardzo wiedzą jak się w takiej sytuacji należy zachować

Wyszły na jaw także braki wyszkolenia w obronie. Bramka dla Homla zaliczała się do tych, które paść nie powinny, na szczęście z pomocą przyszedł sędzia i dyktując wykorzystany przez Maćka Iwańskiego karny rozluźnił atmosferę panującą w szeregach wicemistrzów Polski. Z dobrej strony pokazał się Sebastian Szałachowski, który po długiej rekonwalescencji zdołał wejść wczoraj z ławki rezerwowych i wbić Białorusinom dwa gole. Gdyby tak Tomasz Dawidowski mógł wciąć z niego przykład.

Lech do meczu z Chazarem Lenkoran podchodził z zamiarem podwyższenia morale, bo nic tak nie wzmacnia psychicznie jak wysokie zwycięstwo w meczu o stawkę. Po pierwszym meczu w Baku wygranym skromnie 1-0, ale w Polsce skromnie znaczy dobrze Lechici mogli już czuć się zwycięscami dwumeczu, a mecz w Poznaniu miał tylko umocnić ten fakt. Nawet bramka wyrównująca wynikająca z błędu Kotorowskiego z Bosackim nie zrobiła większego wrażenia na kibicach, bo raczej było wiadomo, że po przerwie zaczną się masowe ataki na bramkę Chazara. Ozdobą spotkania będzie z pewnością gol strzelony przez Murawskiego.

Może wysokie zwycięstwa nad Białorusinami i Azerami choć trochę przycznią się do wzmocnienia polskiej piłki klubowej na europejskim wybiegu, bo wstydem jst rozpoczynanie walki o Puchar UEFA od eliminacji do eliminacji, bo tak należy nazwać pierwszą rundę wstępną tych rozgrywek.

08:47, mihau_fcbfan , Europuchary
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2008

Oczywiście strzeli, to pojęcie teoretyczne, ale stawiam je jako fakt dokonany, bo gdyby któryś z Legionistów nie pokonał dzisiaj białoruskiego bramkarza można by to uznać za niemałą niespodziankę. W dzisiejszym pojedynku z FK Homel Legia stanie przed szansą na zdobycie 200 - ego gola w swojej historii w europejskich pucharach. Wydaje się nieuniknione, żebyśmy w tej edycji Pucharu UEFA nie zobaczyli jubileuszowej bramki, tymbardziej, że za przeciwnika los stawia nie trudnego przeciwnika. Poza tym do celu brakuje jednego celnego strzału.

Okrągłe gole Legii w Europucharach

1 - Edmund KOWAL - 19.09.1956; Warszawa; Slovan Bratysława 2:0 - PM
10 - Henryk APOSTEL - 10.12.1964; Bukareszt; Galatasaray Stambuł 1:0 - PZP
20 - Jan PIESZKO - 09.10.1968; Monachium; TSV 1860 Monachium 3:2 - PMT
30 - Lucjan BRYCHCZY - 01.10.1969; Warszawa; UT Arad 8:0 - PM
40 - Lucjan BRYCHCZY - 18.03.1970; Warszawa; Galatasaray Stambuł 2:0 - PM
50 - Jan PIESZKO - 24.03.1971, Warszawa; Atletico Madryt 2:1 - PM
60 - Jan PIESZKO - 27.09.1972, Warszawa; Vikingur Reykjavik 9:0 - PZP
70 - Jan PIESZKO - 19.09.1973, Warszawa; PAOK Saloniki 1:1 - PZP
80 - Henryk MIŁOSZEWICZ - 30.09.1981, Warszawa; Valerenga Oslo 4:1 - PZP
90 - Jarosław ARASZKIEWICZ - 01.10.1986, Krzywy Róg; Dniepr Dniepropietrowsk 1:0 - UEFA
100 - Roman KOSECKI - 19.09.1990, Warszawa; Swift Hesperange 3:0 - PZP
110 - Wojciech KOWALCZYK - 24.04.1991, Manchester; Manchester United 1:1 - PZP
120 - Tomasz SOKOŁOWSKI - 17.07.1996, Esch; Jeunesse Esch 4:2 - UEFA
130 - Dariusz CZYKIER - 11.09.1996, Ateny; Panathinaikos Ateny 2:4 - UEFA
140 - Tomasz SOKOŁOWSKI - 28.09.1997, Warszawa; Glanavon Lurgan 4:0 - PZP
150 - Marcin MIĘCIEL - 26.08.1999, Warszawa; Vardar Skopje 4:0 - UEFA
160 - Bartosz KARWAN - 20.09.2001, Warszawa; Elfsborg Boraas 4:1 - UEFA
170 - Bartosz KARWAN - 18.10.2001, Warszawa; Valencia 1:1 - UEFA
180 - Cezary KUCHARSKI - 03.0.2002, Utrecht; FC Utrecht 3:1 - UEFA
190 - Marek SAGANOWSKI - 26.08.2004, Warszawa; FC Tbilisi 6:0 - UEFA
199 - Luiz Antonio JUNIOR - 14.09.2006, Warszawa; Austria Wiedeń 1:1 - UEFA

Ostatnią bramkę dla Legii w rozgrywkach o Puchar UEFA zdobył przed dwoma laty Brazylijczyjski obrońca Junior, lecz niestety to trafienie nie pomogło ówczesnym mistrzom Polski w awansie do następnej rundy. Mozliwe, że w dzisiejszym meczu znów ciężar zdobywania bramek wezmą na siebie gracze defensywni, ponieważ w drużynie wicemistrzów Polski zabraknie kontuzjowanych Bartłomieja Grzelaka oraz Takesure Chinyamy, najlepszych strzelców w zespole Jana Urbana.

15:47, mihau_fcbfan , Europuchary
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 lipca 2008

   Jeżeli przejście Ebiego Smolarka do Toulouse okaże się prawdą, a nie tylko dziennikarską kaczką to nasz reprezentant chyba wreście zrozumiał, co by mu groziło gdyby wciąż stał twardo na swoim i pozostał w Santander. Kilka dni temu na moim drugim blogu starałem się przemówić, co właśnie by mu groziło. Nie będę tutaj zachwycał się jak Michał Pol, że mój wpis okazał się proroczy i Ebi jednak zmienił otoczenie (w przypadku w.w. dziennikarza, że Wisła zainteresowała się Krzynówkiem) ale warto nadmienić, że najsuteczniejszy strzelec reprezentacji Polski w eliminacjach Euro 2008 jednak ugiął się pod presją prezesa Francisco Pernii i w przyszłym sezonie prawdopodobnie będzie grał w średniaku Ligue 1.

Jeżeli oczywiście informacje stacj nSport okażą się prawdziwe, ale raczej panowie z platformy TVN-u nie mieliby powodu żeby wciskać widzom fałszywych informacji, z czego słyną tylko gazety i co niektóre strony internetowe, ale to nieważne. Ebi Smolarek długo upierał się przy opcji pozostania w Racingu, jednak to skazywałoby go na ciągłe przesiadywanie na ławce rezerwowych. Dlatego lepiej byłoby dla niego zmienić klub. Najkonkretniejsza propozycja pojawiła się z Tuluzy. Zawodnik miał do wczoraj czas na podjęcie decyzji o odejściu, długo milczał i wydawało się, że sprawa ostatecznie upadła. Francuzi byli w stanie wyłożyć za Ebiego 5 milionów euro, czyli nawet wiecej niż zarobiła Borussia Dortmund na sprzedaży Ebiego do Santander. Pojawiła się oferta z Olympiokosu Pireus, ale działacze greckiej drużyny nie ukrywali, że Polak nie jest dla nich priorytetem, bo ich transfery uzależnione są od Panathinaikosu Ateny. Klub, w którym gra Michał Żewłakow chce sprowadzać graczy prezentujących poziom swojego największego przeciwnika. Gdyby tak Wisła brała przykład z Legii...

Nieoficjalnie rozmowy z Toulouse jednak nie ustały, i choć klub ze Stade de Toulouse zszedł z ceny o całe pół miliona to dla działaczy Racingu nie miało to większego znaczenia, bo i tak najbardziej zależało im na pozbyciu się Polaka z drużyny. Szkoda, że Ebi nie zabawił długo w swojej ulubionej Primera Division. Marzyła mu się dobra gra w średnim Racingu, by później znaleźć zatrudnienie w jednym z czołowych klubów śladem Nikoli Zigicia, który strzelając bramki dla tego samego klubu już po pierwszym sezonie wybił się do Valencii. I tymbardziej szkoda, że wybierany trzykrotnie z rzędu na najlepszego polskiego piłkarza Ebi Smolarek okazał się za słaby na średni klub La Liga, i powinniśmy się cieszyć, że udało mu się strzelić te cztery bramki. Teraz najlepszy polski piłkarz będzie grał w klubie, który w poprzednim sezonie w ostatniej kolejce uratował się przed spadkiem do drugiej ligi. Smutne, ale lepsze to niż oglądanie swoich kolegów z wysokości linii bocznej...

wtorek, 15 lipca 2008

Bałaganu w szeregach PZPN-u nigdy dosyć. Dzisiaj dowiadujemy się, że kolejny klub może zostać karnie zdegradowany do pierwszej ligi jeszcze przed startem rozgrywek. Możliwe, że rok temu Cracovia Kraków pozyskując Przemysława Kuliga zrobiła to niezgodnie z obowiązującym prawem. Wydział Dyscypliny wszczął postępowanie w tej sprawie.

Regulamin Dyscyplinarny PZPN, paragraf 9, ustęp 9, punkt 11 mówi, że "Za wystawienie do gry zawodnika nieuprawnionego klubom grożą: kara pieniężna, walkower, zawieszenie lub pozbawienie licencji". Jeśli zarzuty się potwierdzą, Cracovii grożą walkowery w meczach, w których wystąpił Kulig, a co za tym idzie degradacja do pierwszej ligi. Kulig rozegrał w ubiegłym sezonie 27 meczów, Cracovia zajmując siódme miejsce zdobyła 39 punktów. Jeżeli za każdy występ Kuliga należałoby się zero punktów, to na koniec Cracovia miałaby na koncie tylko 12 punktów, co pozwoliłoby jej na zajęcie ostatniego, współnie z Zagłębiem Sosnowiec miejsca. Tak więc Janusz Filipiak powinien obawiać się wymiaru sprawiedliwości.

Ale o co tak naprawdę chodzi. Wiele wskazuje na to, że działacze Pasów zagrali nie fair podpisując kontrakt z Przemysławem Kuligiem. Na światło dzienne wyszedł dokument, z którego wynika, że Cracovia mogła podpisać z Kuligiem kontrakt w innym dniu, niż w tym, który oficjalnie widnieje w PZPN. Z akt dotyczących zatrudnienia Kuliga, wówczas zawodnika Górnika Łęczna, który był właśnie degradowany do trzeciej ligi można się dowiedzieć, że obie strony doszły do porozumienia po 1 sierpnia 2007, ale najnowsze doniesienia informują nas, że panowie złożyli podpisy na umowie... 13 lipca 2007, czyli jeszcze przed tym, jak PZPN rozwiązał jego kontrakt z Górnikiem.

Jak mówią przepisy nie tylko PZPN, ale również UEFA i FIFA, klub ma prawo zawrzec umowę wstępną z piłkarzem innego klubu nie wcześniej, niż sześć miesięcy przed terminem wygaśnięcia kontraktu z aktualnym pracodawcą, a Kuliga w momencie dogadania się z Januszem Filipiakiem, prezesem Cracovii i Rafałem Wysockim, człowiekiem zarządu Cracovii obowiązywał jeszcze kontrakt do grudnia bieżącego roku.

Cracovia powinna modlić się o najłagodniejszy wymiar kary. Oprócz walkowerów mogą to być także kara pieniężna, która zapewne byłaby bardzo wysoka lub pozbawienie licencji, co równa się degradacji. Może jednak Wydział Dyscyplinarny będzie łagodny i wlepi Pasom tylko ujemne punkty na starcie Ekstraklasy?

poniedziałek, 14 lipca 2008

Leo Beenhakker jak zapowiadał, przedstawił wybranych przez siebie ludzi, którzy w najbliższym czasie będą mu pomagać w prowadzeniu reprezentacji Polski. Nie zaskoczyła obecność Rafała Ulatowskiego, który był kreowany na asystenta Holendra już od kilku dni. W sztabie pojawiły się jednak także nowe twarze, które mają załatać lukę po zwolnionych Bobo Kaczmarku, Dariuszu Dziekanowskim i Adamie Nawałce.

  • Andrzeja Zamilskiego nie trzeba chyba przedstawiać. Od wielu lat pracuje z polskimi reprezentacjami młodzieżowymi, a nawet odnosił z nimi sukcesy. W 1993 prowadzona przez niego reprezentacja Polski do lat 16 wygrała mistrzostwa Europy odbywające się w Turcji, za kilka miesięcy z tą samą kadrą zajął czwarte miejsce w MŚ do lat 17 w Japonii a w ostatnim czasie z różnymi wynikami trenował reprezentackę młodzieżową.
  • Radosław Mroczkowski jest o wiele mniej medialną osobą, ale może okazać się równie przydatny jak Zamilski, któremu Mroczkowski zawdzięcza bardzo wiele w swojej profesji, jak przyznaje był on jego "przewodnikiem". W sieci można znaleźć informacje, że wzorce czerpie od Rafy Beniteza, a jego ideałem w grze jest Kaka. Za swoje zawodowe posłannictwo uważa przygotowywanie młodzieży do dorosłego futbolu. Stara się nastoletnim chłopcom dać jak najlepsze podstawy, jak sam określa – „dobre wychowanie”. Obecnie czyni to w Łódzkiej Szkole Mistrzostwa Sportowego.

Trenerem bramkarzy został Andrzej Dawidziuk, który już wcześniej znajdował się w sztabie, ale był nieco w cieniu Fransa Hoeka. Dawidziuk jest najbardziej znanym polskim trenerem bramkarzy, więc stanowisko otrzymał nie przez przypadek. Za jego podopiecznych uważa się Łukasza Fabiańskiego czy Radosława Cierzniaka. Na co dzień szkoli młodych golkiperow w szkółce w Szamotułach, największej kuźni bramkarzy w Polsce, która urodziła już nie jednego bramkarza grającego obecnie lub kiedyś w Ekstraklasie.

Pora podsumowań. Kandydatury dla jednych są dobre, a dla drugich złe. Beenhakker wyborami dał znak, że w najbliższym czasie rzeczywiście, tak jak zapowiadał będzie stawiał na młodzież. Tak Zamilski jak i Mroczkowski mają ogromne rozeznanie w kwiecie polskiej młodzieży, więc mogą okazać się bardzo przydatni w selekcji Don Lea, który powinien stanowczo odmłodzić kadrę. Dziwie się tylko, że do sztabu nie został powołany Michał Globisz, który rok temu na MŚ do lat 20 w Kanadzie wypromował kilku bardzo dobrych młodych zawodników, a poza tym od dawna specjalizuje się w pracy z młodymi piłkarzami.

Nowy sztab zadebiutuje już w sierpniu w meczu z Ukrainą na otwarcie stadionu w Dniepropietrowsku, a już we wrześniu rozpoczynają się eliminacje do World Cup 2010, w których wypadałoby dobrze wypaść, ale to już w rękach wyżej wymienionych panów.

piątek, 11 lipca 2008

Wisła Kraków jeszcze nie przystąpiła do dwumeczu z izrealskim Beitarem Jerozolima a już przez wielu skazywana jest na porażkę. Pogodzili się z nią chyba nawet w samym klubie, bo jak nazwać to, co teraz dzieje się przy Reymonta? Po losowaniu par drugiej rundy eliminacyjnej do Ligi Mistrzów zwątpiono w powodzenie operacji pod nazwą "Liga Mistrzów pod Wawelem".

Jeszcze niedawno żaden polski zespół nie obawiałby się konfrontacji z Izralczykami, ale nastały dla polskiego futbolu ubogie czasy, w których możemy być pewni wygranej tylko z mistrzami San Marino, Wysp Owczych itp.

W Wiśle o tytule mistrzowskim wiedziano już kilka miesięcy przed zakończeniem rozgrywek ligowych, jednak przez tyle czasu nie poczyniono żadnych kroków, aby wzmocnić drużynę przed kwalifikacjami do elitarnej Ligi Mistrzów, a wydawało się, że brama do tego turnieju jest coraz bliżej, bliskością ustępuje tylko dwumeczowi z Panathinaikosem Ateny. Wręcz przeciwnie, zamiast się wzmacniaż Wisła traciła na sile.

Do Francji emigrował Dariusz Dudka, a wielce prawdopodobne, że weźmie z niego przykład, i obierze kurs na Włochy Adam Kokoszka, musi tylko przejść mordercze dwa tygodnie testów w Empoli, podczas których ćwiczy tak jak pozostali piłkarze spadkowicza do Serie B. Jean Paulista uciekł z kolei na Cypr. Mocarzem może nie był, ale kiedy był potrzebny to przypominał się krakowskim kibicom.

Nawet prezes Białej Gwiazdy - Marek Wilczek przekonuje, że w przypadku porażki w dwumeczu z Beitarem nie będzie robił z tego tragedii. I tą wypowiedź należy uznać za jedną z największych głupot roku.

 

czwartek, 10 lipca 2008

  

   Podczas, gdy w większości lig europejskich, w tym w polskiej dopiero zaczęły się przygotowania do nadchodzącego sezonu 2008/09 w Austrii we wtorek i środę miała już miejsce inauguracja sezonu. W tym państwie jeszcze kilkanaście dni temu odbywały się mecze Euro 2008, jednak organizatorzy szybko zdołali przygotowac piłkarskie areny do sezonu ligowego. Przecież większośc stadionów, które w czerwcu gościły najlepsze reprezentacje Starego Kontynentu po zakończeniu imprezy trzeba było usunąc większośc trybun, ponieważ społeczeństwo nie godziło się z tak dużymi stadionami, które i tak już nigdy nie będą tak wypełnione po brzegi jak podczas Euro. W myśli o tym górne części trybun wykonano z samej stali.

Na inaugurację T-Mobile Bundesligi spotkały się Sturm Graz oraz Rapid Wiedeń. Goście, którzy bronią tytułu wywalczonego w poprzednim sezonie niespodziewanie ulegli jednak Sturmowi 3-1. Pierwszą bramkę w sezonie 2008/09 zaliczył Mario Sonnleitner ze Sturmu. W innym interesującym spotkaniu Austria Wiedeń zremisowała 1-1 z Austria Kaernten, a jedyną bramkę dla wicemistrzów strzelił Milenko Acimovic.

Mianem spotkania pierwszej kolejki należy chyba określic pojedynek pomiędzy Red Bull Salzburg a SV Mattersburg. Klub z koncernu Red Bulla bez żadnych problemów uporał się i rozgromił Mattersburg aż 6-0. Bramki dla najbogatszego austriackiego zespołu zdobywali Marc Janko, który zaliczył hat-tricka, Robin Nelisse, Somen A. Tchoyi oraz Luis Clement Nqwat Mahop. To właśnie ekipa prowadzona przez Co Adriaanse po pierwszej serii gier wyrosła na zdecydowanego fawoyta do zdobycia mistrzostwa Austrii.

Nie zabrakło także polskich akcentów, mimo iż w porównaniu z poprzednimi rozgrywkami w lidze austriackiej gra o trzech polskich piłkarzy mniej. Jacek Bąk rozegrał całe spotkanie w barwach Austrii Wiedeń ze wspomnianą Austrią Kaernten. Od pierwszej do ostatniej minuty po boisku biegał także Tomasz Wisio, a jego LASK Linz odniósł minimalne zwycięstwo 1-0 nad beniaminkiem T-Mobile Bundesligi - SV Kapfenberg. W Austrii nie zapomniano również o zmarłym 11 czerwca Adamie Ledwoniu. Przed meczem Austrii Wiedeń z Austrią Kaernten jego pamięc uczczono minutą ciszy. Były reprezentant Polski grał w obu drużynach, popełnił samobójstwo podczas trwania Euro 2008 w swoim domu w Klagenfurcie.

środa, 09 lipca 2008

   Po nieudanym dla nas Euro 2008 zbliżają się kolejne mecze o dużą stawkę. We wrześniu rozpoczynają się eliminacje do Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki 2010. Dwa pierwsze mecze odbędą się w Polsce, a konkretnie w Chorzowie i we Wrocławiu.

W Chorzowie na Stadionie Śląskim reprezentacja Polski podejmie najtrudniejszego i najatrakcyjniejszego przeciwnika z grupy - Czechów, ale ciekawiej zapowiada się powrót kadry do Wrocławia. Na stadionie Śląska Polska zmierzy się ze Słowenią. Na dzień dzisiejszy stadion przy ulicy Oporowskiej nie spełnia jednak wszystkich wymagań pozwalających na rozgrywanie na nim tego typu imprez, jednak na termin, tj. 6 września powinno się to zmienić. Obecnie trwa remont trybuny odkrytej, przed startem rundy wiosennej poprzedniego sezonu została zainstalowana podgrzewana murawa oraz przeprowadzony został remont trybuny odkrytej wraz z lożą dla VIP-ów, już przed dwoma laty postawione zostały maszty oświetleniowe. Na czas meczu zostaną zainstalowane dodatkowe trybuny za bramkami, tak aby mogło go obejrzeć ok. 10 tys. ludzi. Klub powinien także zdązyć z remontem budynku klubowego, co było planowane jeszcze zanim Wrocławiowi przyznano organizację spotkania.

W Stolicy Dolnego Śląska liczą się w korzyściami przeprowadzenia takiego widowiska, dlatego kiedy pojawiła się taka opcja odpowiedni ludzie robili wszystko by to uczynić. Dopiero dzisiaj z siedziby Polskiego Związku Piłki Nożnej napłynęła ostateczna decyzja. Wrocław do końca rywalizował ze Szczecinem. Największym kłopotem Wrocławia był brak miejsca odpowiedniej liczby wolnych miejsc w hotelach (potrzebne było około 60 miejsc, dla piłkarzy, sztabów szkoleniowych, sędziów oraz delegatów UEFA. Miejsca w 3 i 4 - gwiazdkowych hotelach już się zwolniły, więc problemu z zakwaterowaniem nie będzie.

Przyjazd reprezentacji Polski do Wrocławia będzie nie lada gratką, po raz ostatni drużyna narodowa zawitała do stolicy Dolnego Śląska 21 lat temu. Kadra prowadzona wówczas przez Wojciecha Łazarka pokonała towarzysko Norwegię 4-1, z kolei w meczu o stawkę w 1983. Rozgrywanie meczów w innych miastach jest bardzo dobrą inicjatywą, ponieważ kiedy stanie Stadion Narodowy reprezentacja będzie grać tylko w Warszawie.

wtorek, 08 lipca 2008

   W PZPN-ie powoli wszystko się wyjaśnia. Choć działacze Widzewa Łódź mają zamiar zwrócić się do Trybunału Arbitrażowego z wnioskiem o wprowadzenie do piłkarskiej centrali kuratora z powodu ponownego rozpatrzenia odwołania Polonii Bytom i przyznania śląskiemu klubowi licencji na grę w ekstraklasie w przyszłym sezonie nie wydaje się, żeby wyniknęły z tego kolejne problemy, choć w razie takiego obrotu sprawy Trybunał Arbitrażowy może się tym zająć już na najbliższym posiedzeniu. Polonia Bytom, która niespodziewanie zdołała zająć w poprzednim sezonie miejsce gwarantujące utrzymanie nie dostała jednak pozwolenia na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej z powodu stanu finansowego klubu oraz infraktruktury stadionowej. Wczoraj komisja odwoławcza ds. Licencji zmieniła swoje wcześniejsze zdanie, ale pod warunkiem możliwości monitorowania budżetu i zapłatą przez klub 100 tys.zł za uchybienia w procesie licencyjnym.

Przywrócenie Polonii pociągnęło za sobą kolejne konsekwencje. Widzew Łódź zamiast w drugiej lidze (nowej pierwszej) będzie grać w trzeciej (nowej drugiej) ponieważ ponownie spadł na miejsce zagrożone spadkiem (Widzew został ukarany degradacją o jedną klasę rozgrywkową za udział w aferze korupcyjnej, przyp.aut.). Właśnie dlatego zarząd Widzewa ma zamiar wystąpić z wnioskiem o wprowadzenie kuratora, jakoby ta decyzja nie była zgodna z prawem związkowym. Także Znicz Pruszków będze musiał obejść się smakiem. Od jakiegoś czasu przedstawiany jako pierwszoligowiec klub spod Warszawy ustąpi miejsca Polonii, z kolei w miejsce Widzewa w I lidze zagra ponownie Tur Turek.

Znamy już niemal cały skład Ekstraklasy na nadchodzący sezon. Wszyscy beniaminkowie, tj. Śląsk Wrocław, Piast Gliwice oraz Lechia Gdańsk nie miały problemów z otrzymaniem zgody PZPN-u na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Korona Kielce zgodnie z oczekiwaniami została karnie zdegradowana do pierwszej ligi, co pozwoliło Arce Gdynia na zajęcie jej pozycji. Niepewna jest jeszcze tylko sytuacja Jagiellonii Białystok, która wciąż może obawiać się kary, a decyzja zostanie podjęta w najbliższych dniach. W razie degradacji w gronie Ekstraklasowców (?) na nowo pojawi się Znicz Pruszków. Do niedawna dyskutowano także nad liczbą drużyn w Ekstraklasie, jednak PZPN uciął spekulacje. Tak jak w poprzednim sezonie w Ekstraklasie zagra szesnaście drużyn. Znany jest także dokładny terminarz. Zgodnie z oczekiwaniami liga wystartuje w pierwotnym terminie - 25 lipca meczem Wisła Kraków - Ruch Chorzów.

Liga nie będzie przesiąkać korupcją. Po ponad stu zatrzymaniach i kilku degradacjach nikt nie powinien odważyć się kupować meczów, bo wie, że może liczyć się z poważną sankcją oraz publicznym zniesławieniem. Prokuratorzy z Wrocławia są skuteczni, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, ale wielce możliwe, że już niedługo nie będą musieli zagmatwywać sobie głowy myślami o kolejnych skorumpowanych sędziach czy piłkarzach. Skala korupcji jest ogromna, o czym można dowiedzeć się czytając spowiedzi anonimowych piłkarzy chociażby w książce Rafała Steca pt: "Piłka sss...kopana" ujawniającej brudy w polskim futbolu. Korupcja osiągnęła niewyobrażalne wielkości, ale ten problem będzie już zanikał, bo nastały czasy w polskiej piłce, że nie można ufać nikomu, a prowokacja goni prowokacje. Ten sezon będzie więc najczystszym z najcystszych w ostatnich wielu latach. Chętnyh do darowania łapówek raczej już nie będzie.

Teraz ten kto na koniec sezonu zajmie dwa ostatnie miejsca padnie śmiercią naturalną, a nie z powodu decyzji Wydziału Dyscypliny. I nikt nie będzie przystępował do rozgrywek ze świadomością, że nie ma o co walczyć bo i tak je opuści. Zbliżający się wielkimi krokami sezon 2008/09 zapowiada się niezwykle ciekawie i emocjonująco.
poniedziałek, 07 lipca 2008

   Nie będzie zmiany warty. Joan Laporta będzie rządził Barceloną jeszcze przynajmniej do 2010 roku. Wszystko dzięki głosowaniu przeprowadzonemu wśród kibiców katalońskiego klubu. Aby ustąpić fotel najważniejszego człowieka zarządzającego Barceloną musiał uzyskać przynajmniej 2/3 (66%) głosów w głosowaniu o wotum nieufności. Zabrakło niewiele. Głosów na tak oddało 60,60% głosujących. Udział w głosowaniu wzięło 37294 socios, czyli najwierniejszych fanów Dumy Katalonii, to tylko 33,15% frekfencji, ponieważ uprawnienia do głosowania miało 118528 osób.

Wyniki głowowania potwierdziły, że zupełnie nieudany sezon odbija się teraz czkawką. Laporta był momentami niemiłosiernie krytykowany przez kibiców, nic więc dziwnego, że niewiele zabrakło do tego, aby prezesem został ktoś inny. Jednak za pracę na Camp Nou Laporcie należą się także ciepłe słowa. W dużej mierze jemu powinno się zawdzięczać wyciągnięcie Barcelony z głębokiego kryzysu. Rządzi Barceloną od 2003 roku, zastąpił wtedy swojego imiennika - Joana Gasparta. To on ściągnął na Camp Nou Ronaldinho - później najlepszego piłkarza świata.

Sezon 2003/04 pokazął, że Blaugrana powoli wraca na swoje miejsce, rok później zdobywając mistrzostwo Hiszpanii. Do tego doszły dwa następne mistrzostwa oraz zwycięstwo w Lidze Mistrzów. To znacznie więcej niż jego poprzednik, po któego udejściu okazało się, że FC Barcelona miała poważne problemy finansowe, długi sięgające setki milionów euro. Laporta zdołał im zaradzićLaporta wraz ze swoimi współpracownikami będzie rządził Barcą jeszcze przynajmniej przez dwa lata.

niedziela, 06 lipca 2008

   W wyścigach F1 na pewno, ale niewykluczone, że umiejętnościami gry w piłkę także przewyższa piłkarzy małego państewka z głębi Włoch. Ostatnio pojawiły się plotki, ponoć bardzo konkretne, że trener SS Murata - Massimo Agostini chciałby zatrudnić w swoim klubie na czas eliminacji Ligi Mistrzów dwóch byłych słynych sportowców: kierowcę Formuły 1 Michaela Schumachera oraz świetnego przed laty piłkarza Romario.

Tych dwóch postaci nie trzeba chyba przedstawiać. Michael Schumacher jest wielokrotnym triumfatorem Grand Prix F1 w stajnii Ferrari, z kolei Romario, to strzelec ponad tysiąca bramek na światowych stadionach podczas trwania piłkarskiej kariery, którą mimo dojrzałego wieku zakończył definitywnie dopiero w tym roku, jak widać niekoniecznie. Już nie długo obaj mogą zagrać razem w barwach Muraty, której mają pomóc awansować do Ligi Mistrzów (wydaje się: mission impossible, ale jak mówią impossible is nothing) Trener na łamach La Gazzetta Dello Sport przekonuje, że wraz z działaczami zrobią wszystko co w ich mocy, aby sprowadzić do San Marino ten duet. Agostino już kiedyś potwierdził, że potrafi doprowadzić sprawę do końca. Przed poprzednim sezonem sprowadził byłego świetnego brazylijskiego piłkarza Aldaira.

Takie posunięcie może nie tylko wzmocnić drużynę, ale także na pewno spowodować większe zainteresowanie ze strony kibiców na piłkę nożną w San Marino, oraz zwrócenie oczów mediów na całym świecie. Schumacher mógłby znów pokazać się światu, choć możemy go oglądać w telewizyjnych reklamach oraz w trakcie oglądania wyścigów F1, czasami też testuje bolidy dla teamu Ferrari, z kolei Romario będzie miał okazję, aby dopisać kolejne gole do swojej imponującej kolekcji.

SS Murata został w poprzednim sezonie mistrzem San Marino, co pozwoliło na grę w eliminacjach do elitarnej Ligi Mistrzów poczynając od pierwszej rundy. Już na początku los przydzielił mu jednak trudnego przeciwnika, mistrza Szwecji IFK Goteborg, więc już pierwsze podejście może okazać się nie do pokonania.

sobota, 05 lipca 2008

   Może się okazać, że mimo wspanałego występu na Euro 2008 Artur Boruc na zawsze zostanie więźniem Celtiku Glasgow, przynajmniej do czasu aż jakiś klub zdoła wydać na niego kilkanaście milionów funtów. Już od dawna można było usłyszeć o zainteresowaniu polskim bramkarzem ze strony takich klubów jak Milan, Arsenal, Tottenham czy Aston Villa, ale najprawdopodobniej następny sezon Boruc znów spędzi w Szkocji, chociaż okienko transferowe dopiero się otworzyło.

Przed mistrzostwami wartość Boruca, uznawanego za najlepszego golkpera ligi szkockiej wyceniano na około jedenaście milionów funtów, ale trzy bardzo dobre występy na austriacko-szwajcarskim turnieju spowodowały gwałtowny skok ceny nawet aż do 15 milionów £. To odstraszyło potencjalnych nabywców, wyjątek był gotów zrobić jedynie Arsene Wenger, który po odejściu Lehmanna nie ma dobrego następcy dla Manuela Almunii, ale sprawa przenosin do Londynu na razie uichła.

Tottenham w miejsce niepewnego Paula Robinsona pozyskał już Heurelio Gomesa, Brazylijczyka z PSV Eindhoven, i sprawa transferu do zbrojącego się Tottemhamu na dobre upadła, AC Milan skompletował już  kadrę na zgrupowanie, znalazło się w niej miejsca aż dla czterech bramkarzy, ale nie ma w niej Boruca. Ancelotti nie ma go nawet w planach, bo jak sam przyznaje nie lubi żonglować bramkarzami.

Wydaje się więc, że dobry występ Boruca na Euro 2008 tylko mu zaszkodził, bo kwota odstępnego w papierach automatycznie wzrosła, a nie każdego stać na wyłożenie na stół kilkunastu milionów za bramkarza, nawet tego z najwyższej półki. Nie pozostaje nam nic innego jak w kolejnym sezonie ogldać popisy Boruca tylko w słabej Scottish Premier League, można powiedzieć, że stał się niewolnikiem własnej doskonałości.

piątek, 04 lipca 2008

   Po wczorajszym spotkaniu Leo Beenhakkera z tuzami "polskiej myśli szkoleniowej" sprawdziły się najczarniejsze przewidywania. Beenhakker nie został ze stanowiska selekcjonera polskiej reprezentacji zwolniony, ale możliwe są też nieczyste zagrania ze strony władz PZPN-u. Holender upuszczał wczoraj siedzibę związku w dobrym humorze, zapytany o to, czy wciąż jest trenerem reprezentacji Polski odparł, że skoro jego współpracownicy są na wakacjach, a on jest tutaj to coś musi być na rzeczy.

Ale jednak nie wszystko jest na rzeczy. Okazało się, że Michał Listkiewicz i spółka postanowili zagrać nie fair w stosunku do holenderskiego szkoleniowca. Za jego plecami zwolnili najbliższego współpracownika - Jana De Zeeuwa, dyrektora technicznego kadry, bez którego najprawdopodobniej nigdy nie byłoby Beenhakkera w Polsce. Po tej decyzji można dojść do jednoznacznych wniosków, takimi personalnymi zagraniami zarząd chce zmusić Don Lea do samowolnego poddania się do dymisji, by ten nie musiał płacić wysokiego odszkodowania za przedwczesne zerwanie kontraktu z inicjatywy PZPN-u.

Choć sam De Zeeuw zaprzecza, jakoby nie byłoby go już w sztabie szkoleniowym drużyny narodowej, przyznaje jednak, że wszystkiego dowiedział się dopiero od dziennikarzy, podobnie jak sam Beenhakker. Wygląda więc na to, że decyzje na samej górze są podejmowane bez wiedzy holenderskich pracowników. Aż nie chce mi się w to wierzyć, byłem przecież obecny na spotkaniu zarządu i tam nikt nie powiedział mi, że jestem już niepotrzebny. Nie wyobrażam sobie, żeby to było możliwe, że o podjętych decyzjach pierwsi dowiadują się dziennikarze, a ja dopiero od nich - powiedział De Zeeuw.

Czy ta manipulacja zmusi Beenhakkera do złożenia dymisji na biurko Michała Listkiewicza? Tego nie wie nikt, ale Leo chyba raczej pozostanie na stanowisku i wypełni ważny kontrakt do zakończenia eliminacji w 2010 roku. Tymczasem z kadrą pożegnali się także Bogusław Kaczmarek, Adam Nawałka i Dariusz Dziekanowski, którym umowy skończyły się już 30 czerwca. Jesienią rozpoczynają się eliminacje do mistrzostw Świata, więc Beenhakker musi szybko na nowo skompletować sztab szkoleniowy polskiej kadry, i tutaj pojawiają się następne komplikacje.

PZPN uznał, że powinni w nim pracować przede wszystkim Polacy, ale co ciekawe Beenhakker musi wybrać sobie pomocników  z listy, którą otrzyma od zarządu związku. Na razie wiadomo, że mają się na niej znaleźć młodzi polscy szkoleniowcy, z których jeden w przypadku odejścia Latającego Holendra miałby przejąć od niego prowadzenie reprezentacji.

Początkowo wczorajsze spotkania miało w całości dotyczyć raportu z występu na Euro 2008, jak się okazało chodziło to o coś znacznie więcej, mianowicie o upokorzenie Beenhakkera. Takiego brudu jak teraz nie było w PZPN ani sześć, ani dwa lata temu. Wtedy po fatalnym występie na turnieju Engel i Janas polecieli od razu, i zapewne to samo stałoby się teraz, gdyby z kadrą pracował Polak i nie brał rocznie z centrali tyle kasy. Nie pozostaje nam nic innego jak nadal przyglądać się zamieszaniu w polskim związku.

czwartek, 03 lipca 2008

   Dzisiaj rozstrzygnie się los Leo Beenhakkera na stanowisku selekcjonera drużyny narodowej. Holender musi przedstawić raport dotyczący występu reprezentacji na Euro 2008. Bacznie nasłuchiwać mu się będzie grono byłych trenerów kadry: Jerzy Engel, Andrzej Strejlau, Henryk Apostel i Władysław Stachurski z Antonim Piechniczkiem na czele, którzy będą chcieli wytknąć Holendrowi jak najwięcej błędów podczas pracy z polskimi piłkarzami.

Osobiście uważam, że takie coś w ogólne nie powinno mieć miejsca. Wyżej wymienieni byli trenerzy niewiele dobrego mogą powiedzieć o fachu trenerskim, bo oprócz Józefa Piecniczka w przeciwieństwie do doświadczonego Beenhakkera nie mają na koncie wielkich sukcesów, mimo wszystko żartobliwie nazywa się ich "polską myślą szkoleniową"

Polscy trenerzy od początku kadencji latającego Holendra nie ukrywali niechęci do pracy z polską reprezentacją zagranicznego szkoleniowca, jakoby hamując tym dostęp do rozwoju polskim trenerom. Oliwy do ognia dolał sam Beenhakker mówiąc, że Polacy są 30 lat za Europą i otaczając się holenderskimi pomocnikami. Według Piechniczka i spółki to też był duży błąd w selekcji Don Lea, ale warto zauważyć, że gdyby nie Jan de Zeeuw Beenhakker prawdopodobnie nigdy nie przyjechałby do naszego kraju, bo to właśnie mieszkający na Kaszubach przyjazny Holender wpadł na pomysł zatrudnienia Beenhakkera po nieudanym dla polskiej reprezentacji Weltmeisterschaft.

Mike Lindemann może nie okazał się wspaniałomyślnym fizjologiem, ale jego obecność w sztabie kadry na pewno okazała się pomocna, to samo dotyczy Fransa Hoeka. Za trenerem bramkarzy murem stoi postawa na turnieju Artura Boruca, jednego z najlepszych golkiperów austriacko-szwajcarskiego czempionatu. Przeciwnicy holenderskich pomocników Beenhakera chcą ich dzsiaj pozbawić pracy, ale o to nie powinno być trudno, ponieważ niemal całemu sztabowi szkoleniowemu wraz z 30 czerwca skończyły się umowy.

Polscy "rozjemcy" mają zamiar użyć argumentu Guusa Hiddinka, który na Euro pracował z samymi Rosjanami, i co ważniejsze udało mu się bez pomocy rodaków odnieść sukces. Jerzy Engel sądzi, że Beenhakker powinien mieć wokół siebie samych Polaków, ale w podpisanym przed dwoma laty kontrakcie widnieje, że boss samotnie ma prawo wybierać sobie własnych współpracowników. PZPN chce żeby Beenhakker wyznaczył polskiego następce, którego następnie wyszkoli w przyszłości przejmie on od niego kadrę, ale kto miałby nim zostać? Dwaj młodzi, uważani za przyszłość polskiego trenerstwa Jan Urban i Maciej Skorża nie dostaną zgody od swoich klubów na łączenie prwadzenia kolejno Legii Warszawa i Wisły Kraków z jednoczesną asystenturą w reprezentacji. Według mnie najlepszym kandydatem jest Henryk Kasperczak, i może coś jest na rzeczy, bo najbardziej znany za granicą polski szkoleniowiec właśnie odrzucił ofertę od najbardziej znanego afrykańskiego klubu, Zamaleku Kair, w któym mógł liczyć na milion dolarów wynagrodzenia rocznie.

Jedno jest pewne, Beenhakker nie pożegna się, przynajmniej do zakończenia eliminacji do MŚ 2010 z prowadzeniem reprezentacji Polski. Do tamtego czasu ważna jest umowa Holendra opiewająca na 800 000 euro rocznie, tak więc gdyby Leo teraz pożegna się z reprezentacją z budżetu PZPN-u musiałoby ubyć ponad milion euro odszkodowania, a na to Michał Listkiewicz zapewne nie pozwoli. Beenhakker musi zostać!

środa, 02 lipca 2008

 

   Przed kilkoma dniami oficjalnie potwierdzona została degradacja do drugiej ligi Zagłębia Lubin, dzisiaj taką samą decyzję Wydział Dyscypliny uchwalił w sprawie Korony Kielce, choć tak naprawdę przesądzone było to już od jakiegoś czasu. Koronie nie udało się uciec od wymiaru sprawiedliwości wymigiwaniem dwunastoma i wysoką karą pieniężną. Na dzisiejszym posiedzeniu Wydziału Dyscypliny PZPN została uchwalona decyzja o rychłej degradacji Korony o klasę rozgrywkową niżej z dodatkowymi siedmioma punktamina minusie.

Teraz automatycznie stawia się pytanie, jaki kształt bedzie miała Ekstraklasa w zbliżającym się wielkimi krokami  sezonie, tymbardziej, że prawdopodobnie na dniach jest degradacja za udział w aferze korupcyjnej Jagiellonii Białystok. Najlepszym rozwiązaniem według mnie byłoby jednosezonowe rozwiązanie z uszczupleniem ligi do czternastu zespołów. A opcji jest kilka. Polonia Bytom, która nie otrzymała licencji z pozwoleniem na grę w następnym sezonie w Ekstraklasie otrzymałaby jednak szanse, ale pod warunkiem, że poprawiliby sytuację w klubie, zarówno stadionową i finansową.

Spośród grona pierwszoligowców wymieniana jest także Arka Gdynia. Chociaż klub występujący w poprzednim sezonie w drugiej lidze nie zakończył rozgrywek na miejscu premiowanym awansem to może okazać się, że w następnym sezonie zagra w najwyższej lidze. Sprawa jest dosyć kontrowersyjna, ponieważ przed rokiem Arka została karnie zdegradowana do drugiej ligi właśnie za udział  w aferze korupcyjnej.

Niepewny jest także los Groclinu Grodzisk Wielkopolski. Po zawirowaniach Zbigniewa Drzymały związanych z domniemaną fuzją ze Śląskiem Wrocław, które zakończyły się fiaskiem po rozmowach  z kibicami beniaminka Ekstraklasy łapczywy prezes zainteresował się Pogonią Szczecin Nową. Przez chwile w mediach pojawiły się plotki, że zespół grający obecnie w czwartej lidze może grać w pierwszej w miejsce klubu z Wielkopolski. Zaraz po tym hucznie było o romansie Drzymały z warszawską Polonią, co ciekawa rozmowy z Czarnymi Koszulami były prowadzone już przed miesiącem, czyli jeszcze wtedy kiedy aktualna była fuzja ze Śląskiem.

Jak będzie więc wyglądać polska pierwsza liga w najbliższym sezonie? Start przewidywany jest za tylko trzy tygodnie, więc czasu do uporządkowania bałaganu jest bardzo mało. Kiedy doczekamy się wreście sezonu, w którym wszystko będzie zaklepane na ostatni guzik i nie będzie żadnych problemów z tym, kto zagra w lidze trzy tygodnie przed jej startem, i co ważniejzze, nikt nie wie ile, i czy w ogóle klubów zamieszanych jest jeszcze w wielką aferę korupcyjną.

wtorek, 01 lipca 2008

   Już niedługo polskie kluby jak co roku przystąpią do walki o grę w europejskich pucharach. Czy tym razem będzie lepiej niż w ostatnich latach? Zaczęło się bardzo źle. Cracovia, która dostała w prezencie udział w Pucharze Intertoto nie wykorzystała szansy i już za pierwszym podejściem skompromitowała się w dwumeczu z białoruskim Szachtarem Soligorsk 1-5. W pierwszym meczu w Krakowie przed tygodniem Białorusini pokonali Pasy 1-2, wczoraj w Soligorsku Cracovia przegrała aż 0-3. mimo iż do 70 minuty utrzymywał się bezbramkowy remis. W obydwu meczach Cracovia straciła po jednym zawodniku, Witkowskiego i Cabaja (obu za dwa żółtka) Trener Stefan Majewski tak tłumaczył porażkę: Zabiła nas polska mentalność. To znaczy nie pożytkujemy sił w walce z rywalem ale wdajemy się w niepotrzebne dyskusje z sędziami i piłkarzami przeciwnych drużyn. Zdaniem szkoleniowca Cracovia grała w tym meczu przyzwoicie, ale czy można grać przyzwoicie w meczu, który przegrywa się 0-3 i to z białoruskim średniakiem?

Miejmy nadzieję, że nie trzeba będzie tak krytycznie oceniać występu w europejskich pucharach innych polskich drużyn. Dziś w losowaniu w szwajcarskim Nyonie swoich przeciwników poznali Wisła Kraków, Legia Warszawa i Lech Poznań. Wisła, która była rozstawiona w drugiej rundzie wylosowała trudnego przeciwnika, mistrza Izraela Beitar Jerozolima. Jak już podkreślał na swoim blogu Michał Pol, izraelski klub może być bardzo trudnym do przeskoczenia rywalem, w którego szeregach znajduje się kilku wartościowych graczy.

Z biegiem czasu coraz mniej wierze w powodzenie Białej Gwiazdy w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Mistrz Polski nadszarpnął moją wiarę nieprzepracowując w ogóle ostatniego półrocza, przez który działacze mogli być już pewni gry w eliminacjach. Zamiast działać  ofensywie transferowej Jacek Bednarz nie zrobił nic w kierunku ulepszenia kadry. Także po sezonie nic nie dzieje się pod Wawelem, bo nie można nazwać olśniewającymi transferami powrotów z wyporzyczeń Konrada Gołosia, Patryka Małeckiego i Norberta Vargi. W dodatku do kadry dołączył Tomasz Dawidowski, który już od niepamiętnych czasów leczył kontuzję. Odeście Dariusza Dudki do Auxerre nie poprawiło sytuacji w drużynie, prędzej budżet krakowskiego klubu. Nadal z Krakowa nie dochodzą wieści o zainteresowaniu żadnym zawodnikiem, a kupno Łukasza Garguły i Szymona Pawłowskiego należy chyba włożyć między bajki. W ogóle zastanawiam się, czy jest sens takiego motywowania się na III rundę eliminacji. Biała Gwiazda i tak trafi zapewne na zespół, z którym nie będzie miała jakichkolwiek szans, lepiej więc przygotowywać się na grę w fazie grupowej Pucharu UEFA.

Jacek Bednarz powinien brać przykład z Legii. Tam w przeciwieństwie do Wisły wciąż coś się dzieje. Wicemistrz Polski pozyskał kilku klasowych zawodników, którzy mogą decydować o sile Legii w Pucharze UEFA oraz w najbliższym sezonie Ekstraklasy. Interesujący jest duet z Grodziska Wielkopolskiego, Pance Kumbev i Piotr Rocki, do tego dochodzi Maciej Iwański, który jednocześnie brał udział w najdroższym transferze dokonanym pomiędzy polskimi klubami (tu pojawia się pytanie, dlaczego szybsza nie była Wisła, o której zainteresowaniu pomocnika Zagłębia Lubin było głośno już dawno temu). Ciekawym graczej może być też sprowadzony z Teneryfy Mike Arruabarena. Stołeczna drużyna w pierwszej rundzie eliminacji do Puharu UEFA zagra z białoruskim (jakieś skojarzenia?) FK Homel, i raczej nie powinna mieć problemów z wyeliminowaniem tego klubu, tymbardziej, że przez UEFA Legia została wybrana jednym z faworytów do przejścia pierwszej rundy.

Problemów nie powinien mieć także Lech Poznań. Trzecia drużyna poprzedniego sezonu wylosowała zdaje się jeszcze łatwiejszego przeciwnika, azerski Xazer Lankaran. W Poznaniu również nie przespano okresu mistrzostw Europy i poczyniono znaczące kroki w kierunku wzmocnienia drużyny. Przede wszystkim udało się utrzymać Henry'ego Quinterosa, który był bliski powrotu do ligi peruwiańskiej. Za trzy transfery Franciszkowi Smudzie należą się gratulacje. Robert Lewandowski, król strzelców poprzedniego sezonu II ligi oraz Sławomir Peszko, zakontraktowany przez Lech zimą  już zaczęli zdobywać bramki dla nowej drużyny w sparingach. Udało się wreście sprowadzić na Bułgarską Kolumbijczyka Manuela Arboledę, o którego starano się już pół roku temu, wtedy nie udało się go pozyskać, ale teraz duże znaczenie w transferze tego zawodnika miała degradacja Zagłębia Lubin do drugiej ligi (nowej pierwszej)

Tak więc w Legii i Lechu dzieje się dobrze, w przeciwiństwie do Wisły. Przez następne tygodnie na Reymonta muszą koniecznie pojawić się nowi, wartościowi piłkarze, inaczej próba wywalczenia awansu do elitarnej Champions League po raz kolejny okaże się wielką klapą i kompromitacją polskiego futbolu na arenie międzynarodowej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
GG: 6771363